Dinner canceling.
Znowu dopadło mnie podjadanie.
Nie tylko kabanosik, chipsy i orzeszki do piwka. Tylko słodycze!
Patrzę na tą całą sytuację z boku i widzę, że przestałam jeść regularnie… Śniadanie jakieś jest. Kolorowa kanapka. W pracy oczywiście kawka no i coś słodkiego.
Przyznaje się nie mam pomysłu na drugie śniadanie.
Zazdroszczę dziewczyną z Facebooku i Instagrama jak zajadają się deserkami. Chia na mleku sojowym lub owsianym z jakiś owockiem.
Kto ma czas to robić?
Później obiad.
Obiad jak to obiad. Tradycyjny polski obiad.
Niekiedy zjem tak późno, że nie mam ochoty na kolacje. Objem się i jest mi ciężko.
A jak za wcześnie zjem obiad lub nie mam pomysłu na kolację to zawsze są… Czekają na mnie… Nie umiem im odmówić! Słodycze, chipsy i orzeszki z piwkiem.
Nie chcę żadnej diety. Myślałam nad cateringiem, ale w czasach których żyjemy. Ciągły bieg, stres to nierealne.
Mam rodzinę… Dzieci są już z epoki fast food na dodatek wege. Mąż za to Hanibal Lectear. Mięso, mięso…
Jak to wszystko pogodzić?
Na szczęście jakoś ich ogarniam. Mąż ile by zjadł to nic nie może przytyć. Dzieci są młode i na szczęście poszły po Nim. Natomiast ja i te moje miesiączki jesteśmy chyba z innej Planety.
Rano w telewizji usłyszałam o poście przerywanym. Ileś godzin jesz, później nie jesz. Są nawet do tego aplikacje. Poprosiłam męża, aby zgłębił temat. O co kaman? Poszperał w internecię jak prawdziwy Sherlock Holmes. Trochę instagram, facebook, youtube. Zebrał materiał.
A więc słuchajcie moje drogie. Jest się czym dzielić.
Post przerywany. Nie jesz 16 godzin i nie ma różnicy o której porze. Dzień, noc, popołudnie.
Trochę to dla mnie dziwne, ale teraz jest na to moda. Nawet jest to poparte badaniami. To nie będę dyskutować.
Dodatkowo taki post przerywany trwający 13 godzin zapobiega rakowi piersi…Rozwijając temat kiedyś był w modzie Dinner canceling. Nie jesz kolacji. Po prostu nie jesz 14 godzin do śniadania. Tylko pijesz wodę. Najlepiej Muszyniankę. Proste!!!
Teraz przyszła moda na post przerywany. Dla mnie trochę niejasne. Moda minie, a co ze mną?
A więc poszłam drogą moich trenerów. Oni to robią jeszcze inaczej. Łączą dwie metody. Dinner canceling+ cheat meal.
Dinner canceling już wiem nie jem 14 godzin, a cheat meal to jest nic innego jak jeden bardzo obfity posiłek tj. Obiad tradycyjny lub burger z frytkami. Na deser ciasto lub czekolada, a do picia piwo lub lampka wina.
Taki posiłek ma od 800 do 1200 kcal. Po zjedzeniu takiego ogromnego posiłku nie jem nic do śniadania przez 14 godzin. Tylko piję wodę.
Dużo wody. W tygodniu zapominam.
W moim przypadku wygląda to tak. Jem ten cheat meal. Opchana, ale szczęśliwa… Czekolada, burger, browarek. Pyszota.
Kończę jeść o 16stej. Wstaję do pracy o 6ej. Śniadanie jem 6:20. Wychodzi mi równiutko 14 godzin 20 minut.
Jestem pod wrażeniem jak to działa.
Dzień wcześniej jestem jak bomba przed wybuchem, a następnego dnia lekka jak piórko.
Na razie stosuje tą metodę raz w tygodniu w niedzielę. Jest mi poprostu najłatwiej wszystko zgrać.
W tygodniu w dzień który nie ćwiczę. Robię dinner cancelig. Jem normalny obiad, a w pracy sobie pofolguję. Jakieś ciasto i małe chipsy.
Bardzo fajnie na mnie to działa. Zauważyłam, że nie ciągnie mnie tak do słodyczy i przekąsek w pozostałe dni.
W końcu nie obwiniam się za ciasto, chipsy, orzeszki i piwko.
Mam wszystko zaplanowane.
